Skip to main content

Polski nie-Zorro

 POLSKI NIE-ZORRO

Różne są podejścia i stosunki do masek w ostatnich paru latach. Mnie one nie przeszkadzają, gdyż koncentruję się przede wszystkim na ich funkcji. Od dzieciństwa, czy to z literatury czy z filmów, maski (chociaż trochę inne niż te, które nosimy dzisiaj) ogólnie kojarzyły nam się z bardzo wyraźnymi, dwoma przeciwstawnymi charakterami: rabujących bandytów lub anonimowego bohatera Zorro.

21 grudnia ubiegłego roku leciałam małym Embraerem z Warszawy do Poznania. Przedświąteczny lot wiec ludzie z większymi niż zazwyczaj torbami, pewnie z ostatnimi zakupami, starali się dotrzeć na miejsce świętowania.  Miejsce miałam w drugim rzędzie, więc dobry punkt do obserwacji wszystkich wchodzących.  Samolot był już pełny i na samym końcu wszedł on.

Stanął koło swojego miejsca w pustym pierwszym rzędzie, postawił torbę na fotel, ściągał kurtkę, przewiesił przez rękę i czeka. Młody chłopak, kapitan załogi podszedł i zaproponował, że schowa torbę i kurtkę w luku naprzeciwko, bo ten nad głową gościa z pierwszej klasy był w części zajęty.  Wcześniej swój bagaż włożyła tam stewardessa i zajęła połowę skrytki. Ten jednak lekko pokręcił głową, że się nie zgadza, więc steward wyciągnął rzeczy koleżanki, aby zapakować gościa walizkę i kurtkę. Gdy wszystko było już na miejscu pasażer z pierwszej klasy odwrócił się twarzą do tyłu samolotu, czyli w moim i reszty plebsu kierunku i wtedy na czarnej masce zobaczyłam napis „Senat RP”. Następnie zajął miejsce przy oknie, odpalił na telefonie facebooka i zaczął przeglądać zdjęcia choinek w postach znajomych.

W przed-covidowym świecie latałam dość regularnie i zawsze, gdy w tego typu samolotach miejsce zajmują ludzie biznesu, z reguły odpalają oni komputery, aby wykorzystać nawet ostatnie 10 lub 15 min., które im zostało, póki załoga nie ogłosi, aby wszystkie urządzenia elektroniczne wyłączyć. Te krwiożercze rekiny, kapitaliści, nielubiani podatnicy, którzy robią wszystko, aby zarobić, może nawet dać komuś prace, sami szybko pakują bagaże w luki, aby nie stracić cennej minuty.

Tylko polski nie-Zorro zadowolony, siada w pierwszej klasie i za pieniądze nie-bandytów ogląda świąteczne drzewka.

Julita Hnatczak-Mahun


Comments

Popular posts from this blog

Kawa u Babci Lesi.

  Kawa u Babci Lesi Czy zdarzyło Wam kiedyś znaleźć w nowym miejscu, gdzieś bardzo daleko, które wbrew wszelkim prawom dystansu i granic, jest Wam bardzo bliskie, prawie rodzinne, domowe? Dla mnie takim miejscem jest torontoński High Park- największy i najbardziej popularny park w naszym mieście. Jest on kwintesencją społeczeństwa, które zamieszkuje jego okolice.   Czasem, przysiadając na ławce i obserwując, czuję się jak na planie amerykańskiego filmu. Spacerujący starsi i młodzi, dzieci biegające od zagrody do zagrody w mini zoo, jogging, nordic walking, rowerzyści, rybacy, tenisiści, pływacy, hokeiści, taoisci … wszystkie języki, wszystkie kolory… Dla kogoś urodzonego w małym polskim miasteczku za czasów komuny tak jak ja, to scena z któregoś z hollywoodzkich filmów, kręconego w nowojorskim Central Parku, które oglądaliśmy na początku lat 90-tych. Idealny balans pomiędzy przystrzyżonymi, co do centymetra zaplanowanymi częściami parku i dziką przestrzenią, pomiędzy a...

Trzecia ojczyzna

 Trzecia ojczyzna Pewnego dnia, już jakiś czas temu, dostałam wiadomość od koleżanki, jednej z „naszych”, że z Polski do Toronto przyleciała antropolożka, która prowadzi badania nad Ukraińcami z Polski żyjącymi w Kanadzie. Patrycja Trzeszczyńska, etnolożka i ukrainoznawczyni, adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego, szuka rozmówców, z którymi mogłaby przeprowadzić wywiad. Moja koleżanka pytała, czy zgodziłabym się na taką rozmowę. Szczerze mówiąc ze zdziwieniem, ale również z pewnym uczuciem ciekawości przyjęłam tę wiadomość i oczywiście zgodziłam się na spotkanie. Nie byłam pewna, na ile moje doświadczenia, wspomnienia mogą uzupełnić czy wspomóc badania, ale wyszłam z założenia, że przynajmniej ja sama czegoś się dowiem.Spotkałyśmy się z Patrycją raz, później kolejny i, jako że jej badania trw...

Слово

 Слово Механізм нашого, накинутого й ідеалізованого нарацією переможців так званого «західного» світу, опертого на європейській юдеохристиянській науці й традиції, показав, що слово вимовлене хоч і є основним інструментом комунікації, та не має жодної цінності.   Інструмент, що сприяв створенню всіх цивілізацій, без твердого, фізичного образу у формі запису залишився зведеним до шуму.   Сотнями років ми будували цілі системи ієрархій копій, печаток, папок для підписів, винаходячи щоразу нові методи захисту, збереження від знищення, втрати – часом навіть без огляду на вкладений зміст. Таке собі документування заради самого документа. Ясна річ, я не бачу в цьому нічого поганого. Бо й сама люблю порпатитися в старих паперах. Але щоразу частіше маю відчуття, що наше узалежнення й базування тільки чи переважно на письмовій формі, створення суспільного дарвінізму, в якому особи, що користуються такими ж писемними формами, опиняються вище в піраміді еволюції, автоматично дисквал...